środa, 22 czerwca 2016

Delhi Indie




Indie - Delhi

Delhi to miasto położone w północnych Indiach nad rzeką Jamuną; zamieszkuje je 11,2 mln mieszkańców (2006), a aglomerację miejską 17,8 mln mieszkańców (2006). To drugie co do wielkości (po Mumbaju) miasto Indii. 

Tuk-Tuk :)


Podróż przygotowana bardzo szybko. Siedząc całą rodziną w nocy w sylwestra zgodnie przyznaliśmy że tegorocznych ferii nie możemy spędzić w kraju, chcieliśmy złapać trochę słońca. Bilety kupiliśmy w ciągu paru minut, bez przemyślenia, cena bardzo dobra (1600 zł osoba). Wylot za dwa tygodnie z Warszawy, przesiadka tylko jedna w Moskwie, niestety musieliśmy czekać na samolot na lotnisku 16 godzin, ale to żaden problem wzięliśmy w walizkę dwie talie kart, ciepłe bluzy i książki, zwiedziliśmy także skrawek lotniska :). Lądujemy w Delhi i powrót do Warszawy. 


Tuk tuk 
Zaczęło się planowanie, obowiązkowym punktem w naszej wycieczce stał się słynny Taj Mahal, Bollywood i Chandi Choow. Następnego dnia kupiliśmy już bilety z Delhi (spędzamy tam 3 dni) na Goa, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać trochę dłużej i wypocząć (9 dni). Z Goa nie trudno było dostać się do Bombaju, samoloty w Indiach między większymi miastami latają prawie non stop. I tak mamy zarys naszej podróży. Zadowoleni z siebie po 2 dniach planowania (bardzo szybko, zazwyczaj się to nie zdarza) zajęliśmy się przygotowaniem rzeczy letnich, zakupy i niezbędne przybory, a zapomnieliśmy o najistotniejszej sprawie - wizy. Od Polaków wyruszających do Indii wymagane są wizy, na początku myśleliśmy, że tak jak w innych krajach, można załatwić je szybko na lotnisku. Tata podsunął pomysł aby to dokładnie sprawdzić i ku naszemu zaskoczeniu wizy można załatwić JEDYNIE przez Indyjską ambasadę w Warszawie. Jest poniedziałek a samolot mamy w sobotę raniutko. Wyrobienie dokumentów trwa 14 dni roboczych więc prawie trzy tygodnie i w tej chwili nasza wyprawa stanęła pod znakiem zapytania. Zawieźliśmy nasze paszporty i czekamy na odpowiedz, podaliśmy informacje że potrzebujemy ich pilnie jednak nikt nas nie mógł zapewnić czy się uda. Na szczęście paszporty wróciły z Delhi w piątek wieczorem i od razu je odebraliśmy, zadowoleni, że nasza podróż jednak się odbędzie. Sobota wskakujemy w samolot i lecimy. W Moskwie spotkaliśmy się z bardzo rygorystyczną kontrolą po wyjściu z samolotu, było to parę dni po zamachach na lotniskach w tym mieście, być może to spowodowało tak wzmożone działania. Po 13 godzinach na lotnisku czekamy na nasz samolot a tu telefon od linii lotniczych Aeroflot- lot opóźniony z powodu mrozów o kolejne. Nasze nastroje uległy pogorszeniu jednak na samą myśl o gorących Indiach na naszych twarzach pojawiały się uśmiechy. Docieramy do pięknego Delhi nad ranem i udajemy się do hotelu Aura blisko centrum (chociaż może wydawać się że centrum jest wszędzie, bowiem miasto nigdy nie śpi). 

Bartuś :)

Dzień pierwszy: Delhi 

Po ciężkiej i męczącej podróży wstaliśmy dopiero koło 10, udaliśmy się na śniadanie, które składało się z portaw kuchni indyjskiej, jeśli ktoś to lubi to bez problemu uda mu się najeść, natomiast jeśli preferujemy coś innego to zostaje tylko jogurt :) W mieście było dość chłodno, bluzy i długie spodnie na pewno się przydadzą, my byliśmy tam w styczniu. Rano dość długo utrzymywała się mgła. Nasz pierwszy dzień w Indiach postanowiliśmy poświęcić na zapoznanie się z ogromnym miastem, spacer i zwiedzanie na własną rękę. Po wyjściu z hotelu przeżyliśmy szok kulturowy. Tłumy na ulicach, dziwnie patrzące się na „białych” ludzi, brak przepisów ruchu drogowego, przejścia dla pieszych są tutaj ignorowane, a jeśli chcemy dostać się na drugą stronę ulicy musimy uzbroić się w cierpliwość i odwagę, Tuk-tuki jeżdżące po chodnikach, skutery, rowery, musieliśmy się bardzo pilnować aby nie zginąć. Przed wylotem zostaliśmy ostrzeżeni o dużej przestępczości w tym mieście, dlatego nasze dokumenty zostawiliśmy w hotelowym sejfie i bardzo uważaliśmy na nasze plecaki i sprzęt elektroniczny. 
Widok ze schodów Meczetu Jama Masaijdż

Patrząc na ulicę miałam wrażenie,
 że cały radom zgromadził się na 300 metrach kwadratowych :) jedyne co widziałam to głowy hindusów, dziwnie patrzących na turystów, nie byliśmy mile widziani w ich mieście. Dotarliśmy do lokalnego biura podróży zupełnie przypadkiem. Mieliśmy już wykupione bilety na pociąg do Agry, jednak powiedziano nam aby udać się tam samochodem, wynajęliśmy taksówkę dla naszej 6 osobowej grupy z kierowcą, który był do naszej dyspozycji od rana do nocy. Także z tego samego biura wykupiliśmy wycieczkę po mieście tylko dla naszej grupy. 


Kolacje zjedliśmy pod naszym hotelem, były to wyśmienite pierożki gotowane na parze, do wyboru albo z kurczakiem albo z warzywami i do tego sos pakowany w woreczki śniadaniowe :) Bardzo pyszna potrawa. Po powrocie do hotelu ja z Bartkiem zostaliśmy trochę odpocząć po całym dniu i pograć w karty, a nasi rodzice poszli na nocny spacer po mieście. Wyszli o godzinie 23 ciemno wszędzie, policja prawie na każdym rogu, a oni musieli wybrać najciemniejszą uliczkę która znajdowała się pomiędzy dwoma budynkami. Kiedy w nią skręcili miała mniej więcej 3 metry szerokości, ciemna, a z każdym krokiem zwężała się powoli i tak po 300 metrach ledwie przeciskała się jedna osoba, miejscowi wyszli przed swoje domy aby popatrzeć na rzadko spotykanych tam białych ludzi. I tak wrócili po godzinie ze spaceru, wystraszeni i zadowoleni że dotarli do miejsca pobytu. W hotelu był problem z wodą, raz leciała gorąca a za chwilę zimna dlatego trzeba było szybko kąpać się i spać. 
Wykorzystywanie zwierząt w Indiach jest na porządku dziennym 


Dzień 2 Agra 

Pod nasz hotel o 7 rano podjechał kierowca i ruszyliśmy w kierunku Agry. W godzinach rannych, jak zresztą chyba w ciągu całego dnia ciężko było wydostać się z miasta na „autostradę”, jednak kiedy już do niej dotarliśmy i zapłaciliśmy za przejazd (małe drewniane budki na początku), byliśmy bardzo zaskoczeni. Europejskie autostrady to przynajmniej dwa pasy ruchu w każdą stronę, szerokie pobocza i idealna droga, a te indyjskie to dwa pasy ruchu (a w rzeczywistości to ok 4) na drodze jest wszystko: samochody, tiry, traktory, konie, krowy, rowery, tuk-tuki, ludzie i rowery. Prędkość jazdy naszego auta to ok 60 km\h.
Autostrada :)



Ruch drogowy


Po trzech godzinach jesteśmy na miejscu w Agrze. Pod wejściem do parku otaczającego Taj Mahal czeka na nas przewodnik. Droga do bramy monumentu zajęła nam 20 minut, przeszliśmy przez park pełen małp. Po drodze kupiliśmy bilety (dla "białych" to koszt 750 rupii os, a dla miejscowych to 25 rupii os) następnie zostaliśmy prześwietleni i przeszukani, pozabierano zapalniczki, a kamery musieliśmy zostawić w depozycie. Idziemy w kierunku Taj Mahal, a przed nami jeszcze brama główna, piękna, robiąca wrażenie. Historia Taj Mahal jest wzruszająca :) Przewodnik podsunął nam kilka ciekawych pomysłów zrobienia zdjęć z budowlą :) 


Monument 



Brama - jedna z czterech

Główna brama wejściowa
Napisy zdobiące mury bram
Kwiaty zdobiące mury to nie malowidła, to odpowiednio wyszlifowane kamienie sprowadzane z całego świata i umiejscowione w otworach 
Precyzja wykonania
Taj Mahal 

Historia szacha i jego wiernej żony

W XVI wieku do Indii przybyli Mogołowie i na dwieście lat zawładnęli północną częścią półwyspu. Ta dynastia rozprzestrzeniła muzułmanizm w całym kraju. Jeden z władców - Churram, który z trudem zdobył tron, znany był z zamiłowania do wonnych perfum, którymi nacierał swoje wąs. Poznał legendarną Mumtaz Mahal podczas Nowego Roku i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Jednak z innych źródeł dowiadujemy się że tak na prawdę zostali zaręczeni gdy on miał 14 lat, a ona 15, za namową ciotki. W wieku 19 lat Mumtaz stanęła na ślubnym kobiercu, a niemal drugie tyle przeżyła u boku swojego męża. Dzień ich ślubu został dokładnie wyliczony przez astrologów na 30 kwietnia 1612 roku, bowiem miał to być dzień idealnego szczęścia. W czasie prawie wszystkich podróży i wojen wiernie towarzyszyła mu małżonka. Trzymała się z dala od politycznego zamętu i rodziła jedno dziecko za drugim. W sumie miała ich czternaścioro — liczbę bardzo nietypową jak na ówczesne warunki. Ośmioro z dzieci Mumtaz Mahal zmarło jako niemowlęta, resztę — czterech synów i dwie córki — w większości spotkał tragiczny los. Mumtaz Mahal zmarła nagle 7 czerwca 1631 roku wraz ze świeżo narodzoną córeczką (co do tego wersje są różne, niektóre utrzymują, że dziewczynka przeżyła poród). Według legend ostatnimi słowami przywołała zrozpaczonego męża i nakazała mu zbudowanie dla niej najpiękniejszego grobowca na świecie i poleciła mu zająć się dobrze wszystkimi dziećmi. Do jej gwałtownej śmierci dołączył ciąg wyjątkowo złych wydarzeń: klęska głodu i epidemia dżumy oraz seria buntów.



Początek grobowca i koniec wielkiej dynastii

Cesarz pozostawał w żałobie dwa lata. Podobno osiwiał i stracił chęć do życia. Od razu też przystąpił do budowy mauzoleum, które w części sam zaprojektował. Przy stawianiu grobowca pracowało ponad 20 tysięcy ludzi z całych Indii, a właściwie z całego świata, w tym Europejczycy, nazwisko twórcy projektu nie jest znane. Był on prawdopodobnie z pochodzenia Turkiem. Budowa trwała 17 lat. Doskonały marmur o niespotykanych odcieniach bieli sprowadzano z Makrony w Radżasthanie, półszlachetne kamienie ozdabiające ściany i posadzki z terenów całych Indii, Cejlonu i Afganistanu, natomiast czerwony piaskowiec z okolicznych kamieniołomów w Sikri. Budowę mauzoleum ukończono w 1652 r., ale otaczające je ogrody i budynki gotowe były dopiero w 1657 r. Nasz przewodnik dodał, że według jednej z legend wszystkim pracownikom poucinano kciuki, aby nigdy nie zbudowali już tak pięknego mauzoleum. Szach Dżachan zakończył swe życie tragicznie. Powodem była walka jego synów o tron. Został uwięziony i spędził w całkowitym odosobnieniu osiem lat, zamknięty w wieży w Agrze. Według legendy do ostatnich dni patrzył przez kraty na grobowiec swej ukochanej żony, być może rozpamiętując własną krwawą drogę do tronu. Zmarł w 1666 r. i został pochowany u boku ukochanej żony. 






W 1983 r. Tadź Mahal został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i pozostaje pod stałą kontrolą konserwatorów zabytków. Współcześnie biały marmur zaczyna niebezpiecznie żółknąć pod wpływem zanieczyszczonego powietrza. Misterne zdobienia zewnętrznych ścian grobowca najlepiej podziwiać z małej odległości. Z daleka Tadź Mahal wydaje się gładką, białą budowlą.
Z każdej strony budynek wygląda tak samo 




Czerwony Fort w Agrze 




Agra Fort


Kolejny etapem naszej wycieczki do Agry był Czerwony Fort, pod samą bramę dotarliśmy naszą taksówką, jednak widok mocno nas zaskoczył, z zewnątrz było to miejsce oblegane przez tutejszą ludność, chorą, pozbawioną dachu nad głową i pożywienia. Pierwszy raz widziałam z takiego bliska człowieka chorego na trąd, który prosił nas o drobne na jedzenie. Po kupieniu biletów, cena to ok 20 zł. weszliśmy do środka przez ogromną bramę, a wewnątrz brak turystów, dopiero po kilkunastu minutach dostrzegliśmy prawdopodobnie kilku konserwatorów zabytków. Fort jest ogromny, a turyści mogą wchodzić do pomieszczeń, z których roztacza się przepiękny widok na Taj Mahal. Zbudowany jest z bloków czerwonego piaskowca, a mury mają wysokość ok 20 metrów i ok 2,5 km długości, otacza je szeroka na 10 metrów fosa łącząca się z rzeką Jamuną. W 1983 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. 



Zdjęcia są obowiązkowym punktem każdej wycieczki :) 

Budowla mimo swojego wieku jest w bardzo dobrym stanie




Zwiedzanie całego Fortu mogłoby pochłonąć większą część dnia, jednak my dotarliśmy tam już po południu dlatego zajęło nam to tylko dwie godziny intensywnego wędrowania po zakamarkach zamku.



Fort od wewnętrznej strony 

Widok z jednej z wież 


Jak niewiele miejsc w Indiach, budynek utrzymany jest w czystości

Nasza drużyna :)



Droga powrotna minęła dość szybko, pomęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do hotelu. 



Dzień trzeci: zwiedzanie Delhi 

Po śniadaniu zeszliśmy na dół gdzie czekał już nasz kierowca. Pierwszym punktem w mieście, który chcieliśmy zobaczyć był Jama Masajdz - wielki meczet piątkowy położony w okolicy chandi chow. Przejechaliśmy obok największego bazaru i jesteśmy pod budowlą, jest tyle ludzi że ciężko nam było wysiąść z samochodu, rowery, samochody i ludzie. Turystów nie było w ogóle miałam wrażeie że byliśmy jedynymi którzy chcieli zwiedzić to miejsce, cała reszta przyszła tu pomodlić się, a dla innych było to miejsce spotkań ze znajomymi, a nawet dom. Zobaczyliśmy meczet w środku ale tylko przez bramę wejściową gdyż odbywała się właśnie modlitwa, zostaliśmy na schodach i nasłuchiwaliśmy głosów ze środka, które brzmiały przez mikrofony. Ogromne schody zajmowane były przez dzieci bawiące się wszystkim co mają pod ręką, nawet i surowym mięsem, stało się ono idealną zabawką do rzucania. Z drugiej strony spali bezdomni a między nimi chodziły kozy. Mieliśmy sporo czasu na przypatrywanie się lokalności, kable energetyczne nie były ładnie porozstawiane i zabezpieczone jak w Polsce, tam co jakiś czas leżały w kłębkach na jakimś budynku i gdzieniegdzie zwisały nad głowami przechodniów. 
Widok na Meczet z uliczki 

Schody prowadzące do wejścia




Ulice były bardzo zatłoczone, czułam się jak na jakimś koncercie pod samą sceną, a to tylko jedna z tysięcy uliczek w Delhi. Bardzo ciekawy widok przecznic, jedna np. to wszystko do samochodu, jedno stoisko - koła, drugie - paski, trzecie - inne części i takich stoisk było kinkanaście albo kilkadziesiąt, kolejna przecznica: biżuteria i znów na jednym stanowisku bransoletki, kolejne to pierścionki itd. 
Ogromny tłok :)
Kilka faktów z Delhi:
  • Fryzjer w tym mieście to: Krzesełko, wanienka z wodą, ręcznik i nożyczki. Stacjonuje on na chodnikach, prawie na każdej ulicy
  • Często możemy spotkać się z ludźmi załatwiającymi się na ulicy- to sprawa normalna
  • Przejścia dla pieszych nie obowiązują, przechodzimy przez ulicę w dowolnym miejscu, przebiegamy wystawiając jedynie rękę w stronę nadjeżdżającego samochodu aby się zatrzymał
  • W korkach, na światłach do szyb podchodzą żebracy i proszę o drobniaki 
  • Budynki będące domem dla miejscowych to zniszczone ściany, cegły zazwyczaj z obaloną ścianą od strony ulicy, przechodząc widzimy jak rodziny, gotują, śpią czy wykonują codzienną toaletę
  • Rynsztoki są miejscem do wylewania wody po kąpieli, resztek po obiedzie lub po prostu hindusi zasiadają obok nich i myją zęby czy się golą 
  • Gastronomia nie nadwyręży naszego portfela
  • W Warszawie ciężko spotkać traktor czy konia na ulicy, jednak tutaj to nic nadzwyczajnego
  • Turyści są tutaj rzadkością dlatego trzeba się przyzwyczaić do spojrzeń miejscowych 
  • Kobiety nie powinny wychodzić same, nawet w dzień
  • Parkingi ? Nieee w Delhi, tu parkujemy gdzie chcemy :) 






Po spędzeniu godziny pod meczetem pojechaliśmy zobaczyć bramę Indii, umiejscowiona w centrum miasta, zajmuje środek ronda, następnie świątynia Lakszmi - bogini dobrobytu i błogosławieństwa losu. Jest to miejsce kultu hinduistów, miejsce bardzo kolorowe i dość oryginalne, do środka niestety nie weszliśmy ponieważ odbywała się msza. Została zbudowana w 1938 roku, ściany ozdobione są napisami i symbolami ze świętych ksiąg. Obok budowli znajduje się duży ogród, o który dbają duchowni. Można składać także hołd bożkom w ogrodzie sypiąc im kwiaty i zapalając kadzidła koło posągów.



Świątynia  Lakszmi




Widok na Red Fort w Delhi


KOLEJNE Z ruchu drogowego


Podsumowanie:

Delhi - Miasto oferujące wiele ciekawych atrakcji, zabytków i niecodziennych widoków. Nie jest to miejsce nowoczesne, czyste i imponujące swoim wdziękiem, jednak jest wyjątkowe. Potrafi zauroczyć wymagającego podróżnika. Uważam, że warto spędzić tam kilka dni. Zamiast kupić bilety lotnicze na Goa, wybierzcie opcje do Delhi aby zobaczyć skrawek prawdziwych Indii, prawdziwego życia hindusów. Następnie z Lotniska w stolicy polecieć do hotelu na Goa. Sam pobyt w tym miejscu nie pozwoli wam zapoznać się z kulturą i poznać prawdziwego oblicza kraju. Jeśli Indie mają być waszą pierwszą podróżą orientalną, zdecydowanie odłóżcie ją na później a wybierzcie na początek Tajlandię lub Indonezję. Są spokojniejsze i pozwolą nam się przyzwyczaić do warunków panujących w Indiach. W tekście używałam nieprzyjemnie kojarzących się słów "brud", "tłok", jednak nie chodzi o to aby was zniechęcić do Delhi, a wręcz przeciwnie polecam to miejsce aby zrozumieć świat. Dla niektórych narzekających na warunki w Polsce może to być cenna lekcja pokory. My po widoku miasta nigdy już nie powiemy że w naszym kraju żyje się źle. W kilku słowach POLECAM to miasto dla osób szukających ciekawych, nowych doświadczeń.


To miejsce wspominam z uśmiechem na twarzy :)


Dziękuję bardzo wszystkim czytelnikom i zapraszam do śledzenia na bieżąco nowych wpisów :)

wtorek, 30 czerwca 2015

Brunei

Państwo Brunei Darussalam - mało kto słyszał o takim miejscu. Położone jest w południowo-wschdniej Azji,na północy wyspy Borneo. Jego jedynym sąsiadem jest Malezja. Większość mieszkańców stanowią Malajowie - rdzenna ludność zamieszkuje obrzeża stolicy Bandar Seri Begawan. Podstawową religią jest Islam, znaczącą rolę odgrywają także buddyści. Brunei jest monarchią absolutną nazwaną sułtanatem. Podstawą gospodarki są dochody ze sprzedaży ropy naftowej i gazu ziemnego, dzięki temu jest jednym z najbogatszych krajów na świecie.

Panorama Bandar Seri Begawan
Brunei położone jest w okolicach równika. Temperatura przez cały rok utrzymuje się w granicach 30 stopni. Nie ma zauważalnych pór roku, ale zasadniczo można je podzielić na dwa okresy: porę suchą i monsunu (październik-marzec).
Obywatele polscy mogą przebywać w Brunei bez wizy do 30 dni. Nie dotyczy to przyjazdów w celu podjęcia pracy lub nauki. Należy wtedy wystąpić o wizę do placówek dyplomatycznych Brunei (w Europie: w Berlinie, Londynie, Brukseli, Paryżu, Genewie). Wymagany okres ważności paszportu przy wjeździe wynosi 6 miesięcy. Nie ma obowiązku okazania biletu powrotnego przy wjeździe, jednak może tego zażądać przewoźnik. 
Jak najwięcej zdjęć :)
 Mieszkańcom żyje się tu bardzo dobrze, są zwolnieni z podatków, nowoczesność dużego miasta jest idealnie wkomponowana w tropikalną dżunglę Borneo. Ceny produktów spożywczych są trochę wyższe jak w Polsce. Posiłek kosztuje ok 10-15 dolarów brunejskich. Jeden dol to ok 2.50 zł. Sułtan cieszy się on ogromnym szacunkiem wśród mieszkańców, są oni dumni, że głową ich państwa jest tak wspaniały, dobry i uczciwy człowiek. W państwie nie ma raczej podróżników, my nie spotkaliśmy nikogo, kto przyjechał do Brunei w celach turystycznych. Dzięki temu sułtanat zachował swoją odrębność i nie został jeszcze przekształcony na potrzeby turystów. Powierzchnia nie jest duża, co pozwala na dokładne i szybkie zapoznanie się z mapą. Najlepiej jest samemu zwiedzać, nie jest to trudne a zdecydowanie więcej nauczymy się i zobaczymy, niż na zorganizowanych wycieczkach z przewodnikiem.

Symbol sułtanatu
Stolica Bandar Seri Begawan leży u ujścia rzeki Brunei do zatoki Brunei :)

Moja wspaniała rodzina stwierdziła, że będąc na Borneo musimy odwiedzić Brunei. 
Z Kota Kinabalu dostaliśmy się tu promem z przesiadką na Labuan (polecam zainwestować w alkohol i papierosy, ceny są nadzwyczajnie niskie - butelka litrowa Jack Daniel’s to ok 30 - 40 zł). Koszt takiego rejsu to 65 Ringgit (65 zł). Po dotarciu do portu najlepiej odejść kawałek dalej 
i zakupić bilet autobusowy za trzy dolary od osoby. Taksówki są drogie, kurs do centrum kosztuje 25 dolarów. Jadąc komunikacją miejską mamy okazję zwiedzić obrzeża Bandar Seri Begawan, okoliczne domostwa i skrawek dżungli. 

Nasza familia :)
Stragan w pobliżu naszego hotelu


Najlepiej omijać okolice szczytu (ok. 16-18) wtedy właśnie na ulicach tworzą się korki, a przedostanie się przez stolicę jest utrudnione. Nasz przystanek autobusowy znajdował się w samym centrum, ok. 150 metrów od Brunei Hotel - naszego miejsca noclegowego. Bardzo polecam ten nieduży obiekt, miła obsługa, dobre śniadania i świetna lokalizacja, nad niewielką rzeczką, tuż przy straganie z lokalnymi specjałami i 5 minut drogi pieszo od meczetu sułtana-najsławniejszej budowli kraju.

 Po zakwaterowaniu i zostawieniu bagażu poszliśmy na obiad do jednej z przydrożnych knajp. Przyglądaliśmy się trochę lokalnej ludności i ku naszemu zaskoczeniu ulicami chodziły kobiety bardzo dobrze ubrane, a drogami jeździły auta, których większość z nas w Polsce nie widziała. Jeszcze przed zmrokiem chcieliśmy zobaczyć ten wspaniały monument ze złotą kopułą. Jest to największy na Dalekim Wschodzie meczet.

Suszone specjały :)



To miejsce nie należało do najczystszych w mieście :) 

 Nie mogło obejść się bez dziesiątek zdjęć. Przy samym meczecie mieści się największa na świecie wioska na wodzie. Gdy zapadł zmrok przemierzaliśmy wąskie kładki bez barierek, które ciągnęły się i ciągnęły. Po dotarciu na ląd natrafiliśmy na duże centrum handlowe, więc postanowiliśmy zakupić jakieś pamiątki. Niestety nie było nic regionalnego, produkty sprowadzane z Europy, Chin czy Ameryki. Znajdziemy tu najlepsze sklepy ze szkłem weneckim, czeską porcelaną i alkoholami z całego świata, które jednak nie jest łatwo nabyć przez mieszkańca o ściśle określonym budżecie. Zaszliśmy jeszcze do KFC i tu muszę bardzo zachwalić puree ziemniaczane podawane w małych pudełeczkach, takich jak kubeczki na lody i polewane sosem (nie wiadomo jakim :)). Chłopaki widząc azjatyckie KFC wchodzili i kupowali po kilka opakowań tego przysmaku. Pobudka o 4 rano, aby zdążyć na prom dała się we znaki, zmęczeni zasnęliśmy w pare minut. 

Masjid Omar Ali Saifuddiena

Piękny monument został zbudowany w 1958 roku. Przedsięwzięcie to trwało cztery lata. Nazwa: Masjid Omar Ali Saifuddiena została nadana na cześć zmarłego ojca obecnego sułtana. Przy budowli mieści się 44 metrowy minaret, który czyni go najwyższym budynkiem w centrum miasta. Podobno w pobliżu meczetu powstał wyższy o kilka metrów budynek, jednak z rozkazu sułtana usunięto górne kondygnacje, aby nie przekroczył wysokości minaretu.

Dwóch braciszków :)
Meczet został zbudowany na sztucznej lagunie nad brzegiem rzeki Brunei. Nieopodal budowli znajduje się wioska utworzona na wodzie -Kampong Ayer. Obecnie monument stanowi najpopularniejszy obiekt turystyczny w kraju, jednak jest on przeznaczony wyłącznie w celach modlitwy do Allaha.

Dalej iść nie wolno
Większość populacji kraju stanowią muzułmanie, a złoty meczet został wzniesiony właśnie na ich cześć. Sułtan nie szczędził wydatków: importowane marmurowe podłogi, kryształowe żyrandole z Anglii, bogato zdobione dywany z Arabii Saudyjskiej i oczywiście kopułę z czystego złota, która wieczorami mieni się pośród gwiazd na niebie.

:)

Nasz elegancik :)
Robi wrażenie :)
Wewnętrzna sala modlitewna pomieści ponad 3000 osób.



Im więcej zdjęć tym lepiej :) 
Laguna przed meczetem :) 
Będąc w Brunei wiele razy mieliśmy okazję zobaczyć twarz sułtana. Nie tylko na banknotach, ale i w domostwach (w każdym musi być podobizna władcy) oraz na ogromnych bilbordach rozstawionych po całym państwie. 

I tu nocą :)

Kampung Ayer

Kampung Ayer składa się z 28 sąsiednich wiosek na palach, które zamieszkuje łącznie 20000 osób. Nazwa pochodzi od rzemiosła i tradycyjnych zawodów, którymi trudniła się ludność. Sto lat temu obszar ten zamieszkiwała ponad połowa ludności kraju i nawet dziś - pomimo wielu zachęt rządowych - mieszkańcy preferują życie na wodzie, niż na suchym lądzie. Jeśli spojrzymy na wybrzeże wioski widzimy luksusowe samochody stanowiące własność jej mieszkańców. Nie należą oni do biednych, lecz ten styl życia odpowiada im bardziej niż lądowy. Wioska stanowi także dom dla sporej części nielegalnych imigrantów.


Chłopcy nabyli nowe mieszkanie :) 

Założona co najmniej tysiąc lat temu wioska jest uważana za największą na świecie osan∂e na palach. Ma swoje własne szkoły, meczety, posterunki policji i straży pożarnej. Domy nie zostały udostępnione dla turystów, jednak mieszkańcy nie mają nic przeciwko jeśli podróżni poruszają się po ich miejscowości. Antonio Pigafetta towarzysz Ferdynanda Magellana odwiedził w 1521 Kampung Ayer, nazwał go "Wenecją Wschodu".
Chyba się zgubił :) 
Transport na Kampung Ayer stanowią przede wszystkim tzw. wodne taksówki, czyli długie drewniane łodzie z podłączonym silnikiem.

Zabłąkani gdzieś na wodzie :)

Alusia szaleje na zakupach :)
KFC
Ciężko byłoby to przewieźć w samolocie :)
Drugi i niestety ostatni dzień w Brunei rozpoczęliśmy od śniadania w hotelu. Nasze walizki zostawiliśmy w przechowalni i poszliśmy na spacer. Postanowiliśmy, że na lotnisko pójdziemy pieszo, gdyż mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu, a kraj najlepiej poznaje się przez bezpośredni kontakt ze społeczeństwem.
Przewodnicy - tatuś i synek :))
Nasi najlepsi przewodnicy stwierdzili, że jest ono oddalone tylko parę kilometrów i za godzinę może półtorej będziemy na miejscu. Wędrowaliśmy przez kraj z torbami, nie wiedząc za bardzo dokąd idziemy. Po upływie prawie całego czasu, jaki przeznaczyliśmy  na dojście do celu postanowiliśmy zapytać miejscowego o drogę. Pan w średnim wieku dziwnie się na nas spojrzał i zapytał, czy my idziemy tam pieszo. Mężczyzna powiedział że jest to jeszcze ok 15 kilometrów dalej. Zaskoczeni tym postanowiliśmy pojechać jednak lokalnym autobusem za dolara. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Obowiązkowo wysłaliśmy jeszcze pocztówki do Polski i zakupiliśmy drobne pamiątki. Wskakujemy w samolot i lecimy przez Kota Kinabalu do Jakarty na Jawę. 

Tata bardzo lubi fotografować ruch uliczny :)

Piękny monument 
I znów meczet :)

Model pozuje :D

Pora się żegnać z Brunei :):

Podsumowanie:

Brunei to kraj dość nowoczesny i niepowtarzalny. Wyróżnia się wśród innych połączeniem orientalizmu i nowoczesności napływającej z Europy. Zauważalne są skutki globalizacji - międzynarodowe sieci handlowe i siedziby światowych korporacji. Podczas dłuższego pobytu dopadłaby nas tu nuda, jednak trzeba zobaczyć to miejsce (dwa, trzy dni zdecydowanie wystarczy). Polecam każdemu Brunei - kraj, stanowiący mieszankę kultur, obyczajów i języków. Wyróżnia się wśród innych rejonów Azji przepychem i bogactwem. Każdy kto jest na północy Borneo niech zajrzy do sułtanatu :)

Następny wpis już niedługo. Tym razem będzie to Indonezyjska Java :)